Gdy się obudziłam nie wiedziałam gdzie
jestem. Ale nagle sobie przypomniałam. Jestem na Obozie Herosów. Moim ojcem
jest Posejdon. Oni ISTNIEJĄ. Wyglądało to jak sen, ale nim nie było.
Leżałam w wygodnym łóżku z białą,
jedwabną kołdrą. Wokół mnie było kilkanaście takich łóżek. Na drewnianych
ścianach wisiały śnieżnobiałe zasłony. Między łóżkami stały stoły z bandażami,
nożyczkami i różnymi sprzętami do ran. Szpital. Koło mnie na stole, obok moich
okularów, leżała kartka:
Mia,
Gdy się już obudzisz,
proszę przyjdź do Wielkiego Domu. Muszę z tobą porozmawiać i przenieść do domku
Posejdona.
Leon
Gdy się ubrałam, włożyłam list od Leona do kieszeni i udałam się do
Wielkiego Domu. Po drodze mijałam różnych herosów, a oni się na mnie patrzyli z
podejrzliwością. Moją uwagę przykuł na oko dwunastolatek, który siłował się ze
swoim własnym mieczem. Rozbawiło mnie to odrobinę, ale od razu spoważniałam
kiedy przypomniałam sobie co tu robię. Spytałam kilka osób jak dotrzeć do
Wielkiego Domu i poszłam w kierunek wskazany mi przez ostatniego herosa.
Wielki Dom naprawdę robił wrażenie. Duże, przestronne okna i niebieskie
okna dodawały uroku temu budynkowi. Biała dachówka idealnie grała z kolorem
domu. Na tarasie przed domem stała ławka i fotel bujany, a na parapetach stało
mnóstwo rodzajów roślin. Weszłam na brązowe schody, także zrobione z drewna i
podeszłam do czarnych jak smoła drzwi. Zapukałam cztery razy, aż w końcu
rozległ się głos : Proszę!
Weszłam przez drzwi i ukazał mi się widok przestrzennego holu, który
prowadził do pokoju. Ściany były pomalowane w czerwone i pomarańczowe róże.
Naprzeciwko były bardzo stare drzwi pewnie prowadzące na strych. Przeszłam po
drewnianych panelach do salonu. Widok był oszałamiający. Te niebieskie ściany,
na których było powieszonych milion różnorodnych dywanów i wystrój wnętrza.
Między dwoma oknami stał wielki kominek z białego marmuru iskrzący płomieniami.
Na środku pokoju stał kremowy stół pokryty szarym obrusem, na którym leżały
rozrzucone karty. Na fotelu Obok kominka siedział otyły mężczyzna pijący
dietetyczną colę i jedzący winogrona. Pewnie
Dionizos, pomyślałam. A przy stole mój nauczyciel z dwoma kubkami gorącej
herbaty.
- Dzień Dobry – powiedziałam.
- Witaj Mia – odpowiedział mi Leon.
Wskazał na mężczyznę siedzącego w miękkim, skórzanym fotelu. – To jest Pan D.
- Czyli Dionizos?
- Tak – uśmiechnął się do mnie Leon.
- Chciał pan ze mną porozmawiać.
- Usiądź proszę – wskazał na puste
miejsce przed nim. – Wiesz już, że jesteś córką Posejdona, a nieczęsto to się
zdarza. Przez te kilka lat zdarzył nam się jeden potomek Króla Mórz. Trafiłaś
tu w wieku czternastu lat. I nie pożałujesz jeśli tu zostaniesz. To zaszczyt być
córką Posejdona. – umilkł i czekał aż coś powiem.
- Yyy… Na pewno. Tylko, że nie czuje
się zbytnio ważniejsza. To jest dla mnie dziwne i nadal nie mogę w to uwierzyć.
- To zrozumiałe, ale przyzwyczaisz
się.
- Hm… Ile czasu byłam w szpitalu?
- Tylko jeden dzień. Do tego czasu
twoi przyjaciele zostali uznani – wyprostowałam się na te słowa i czekałam,
patrząc w ufne oczy Leona. – Simon został uznany przez Atenę, a Matha przez
Afrodytę – odetchnęłam z ulgą.
- To dobrze – powiedziałam.
- Też tak myślę – odpowiedział mój
nauczyciel. – Możesz już iść do swoich przyjaciół.
- Dziękuję. Do widzenia.
- Do zobaczenia, Mia.
Gdy wyszłam z Wielkiego Domu
odetchnęłam świeżym powietrzem. Włóczyłam się po całym obozie, byle tylko nie
widzieć się ze swoimi przyjaciółmi. Nie wiem dlaczego, ale jeszcze nie chciałam
się z nimi spotykać. Cała ta rozmowa była dziwna, a nie chciałam jeszcze pytań
moich przyjaciół.
Przechodziłam właśnie obok jeziora.
Widziałam najady pływające w czystej wodzie i łódki żeglujące po jego tafli.
Dokoła mnie biegały grupki herosów, śmiejących się z innych. Prawie normalne
życie. PRAWIE! Dodając potwory i różne inne przerażające stworzenia. Usiadłam
na plaży i zaczęłam rozmyślać o czasach przed obozem. Kiedy to siedziałam na
korytarzu mojej potwornej szkoły i zajadałam chipsy, a wtedy podchodziła do
mnie moja wredna nauczycielka od biologii i czytała mi skład produktów, żeby
pokazać mi jakie do niezdrowe.
* * *
Gdy weszłam do domku mojego ojca,
był już wieczór i niedługo miała był kolacja. Wnętrze mnie zaciekawiło,
ponieważ były tam ściany pomalowane na odcień morskiej piany i łóżka w
kształcie łódki z kołdrą symbolizującą wodę w jej wnętrzu. Obok nich stały dwie
masywne, białe szafy. Podłogi były z drewna, w kolorze mango. Na ścianach
wisiał róg minotaura i muszelki różnych wielkości. W tym pomieszczeniu było
tylko jedno okno, ale za to ogromne. Na jednym łóżku siedział niedbale chłopak.
Na oko piętnastolatek. Miał niebiesko-zielone oczy tak jak ja i burzę czarnych
włosów. Ubrany był w obozową koszulkę i ciemnoniebieskie dżinsy. Był nawet
przystojny… Tylko był moim bratem. Percy?!
No teraz to się zdziwiłam!
- Eee… Jestem Mia. – zająkałam się
- A ja Percy. Tam jest twoje łóżko –
wskazał łóżko po jego przeciwnej stronie. Ja tylko kiwnęłam głową i poszłam na
wskazane łóżko. Zaczęłam się rozpakowywać. Do szafy, na średnią półkę włożyłam
swoje ubrania, na najniższą buty, a kosmetyki nieco wyżej niż ubrania. Gdy
skończyłam, zabrzmiał gong wołający na kolację.
Po drodze mijałam spore grupki herosów. Niektórzy mieli blond włosy i
niebieskie oczy, niektórzy blond włosy i szare oczy. Widać było po ich
wyglądzie czy są rodzeństwem czy nie. Ja do Percy’ego też byłam podobna. Jak to
rodzeństwo. Te same oczy i ciemne włosy. Tylko, że ja nosiłam okulary, a on
nie.
Weszliśmy do jadalni i znów oszołomił
mnie jej wygląd. Stoły ustawione w szeregu. Marmurowe ściany i podłoga. Teraz
wyglądała mniej zaskakująco, ale zawsze robiła na mnie wrażenie.
Usidłam z Percy’m na przeznaczonym dla
nas miejscu, gdzie był talerz i sztućce. Zamarzyłam o domowej pizzy, którą moja
mama zawsze robiła, gdy byłam w złym humorze i pojawiła się przed moim nosem
oraz o kompocie z czereśni, która też się znalazła przed moimi oczami. Percy
wstał ze swoim talerzem i przypomniałam sobie, że składamy ofiary bogom.
Wszyscy wrzucili po kawałku swojej zawartości na talerzu i wypowiedzieli słowa,
które leżały im na sercu. Nadeszła moja kolej.
- Dla ciebie Posejdonie – powiedziałam
i dodałam w myślach: I mógłbyś mi jakoś
pomóc.
Wróciliśmy po cichu do stołów i
zaczęliśmy zajadać te pyszności. Nikt nic nie mówił. A gdy skończyliśmy, powoli
poszliśmy do naszych domków. Niewiele się zdarzyło, gdy weszliśmy do naszego
domku. Ja poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, umyłam zęby, przebrałam się w
piżamę i usiadłam na moim schludnie pościelonym łóżku. Do łazienki wszedł
Percy, a ja padłam na łóżko i myślałam o tym co się dzisiaj wydarzyło. Mój brat
wyszedł z łazienki i położył się do łóżka.
- Dobranoc – powiedziałam.
- Dobranoc – odpowiedział mi i
poszliśmy spać.
* * *
Dzisiaj miałam wyjątkowo jeszcze
dziwaczniejsze sny. Najpierw mnie ktoś mnie zabijał, potem walczył ze mną, a
jeszcze potem mnie ktoś mnie opętał. A na końcu ktoś mnie gonił z miotłą. Nie
mogłam uwierzyć, że są jeszcze bardziej dziwaczne sny niż miałam dotychczas. Na
przykład o takim, że byłam Finnickiem, łaziłam po lesie i zbierałam szyszki.
Następnego ranka, obudził
mnie Percy i chciał ze mną porozmawiać. Chyba dopiero wstał z łóżka bo miał
rozmierzwione włosy i był jeszcze w piżamie. Nie odzywaliśmy się do siebie, ale
rzuciłam ni stąd ni zowąd:
- No więc… Jesteś tym słynnym Percy’m Jacksonem?
- Hm… Wiesz, zacznijmy od ciebie –
powiedział. Najwyraźniej mi nie ufał i chciał się o mnie czegoś dowiedzieć.
- No to dawaj – zachęciłam go.
- Jak się tu dostałaś? – zapytał, a to
pytanie mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się tego.
- Hm… Tata mojej przyjaciółki nas tu
przywiózł.
- A dokładniej ?
- No… To miały był zwykłe wakacje.
Przeczytałam wszystkie twoje przygody. Z przeszłości i przyszłości twojego
życia. I zapragnęłam tu przyjechać. Nie spodziewałam się, że to może okazać się
prawdą. To miało być udawane. Ja nie wiem jak ja będę teraz żyła. Jak będę
mówić przyjaciołom, że muszę wyjść do toalety, a tymczasem będę się zmagać z
najróżniejszymi potworami, tylko po to, żeby przeżyć. A teraz jest jeszcze
trzech herosów w jednej klasie. Wiesz co to oznacza? Będziemy przyciągać
potwory jak magnes – przerwałam na chwilę i spojrzałam mu w oczy. – Ja naprawdę
nie wiem jak będę żyć.
Percy poszedł do mnie i mnie
przytulił, bo się rozpłakałam. Zdziwiło mnie to, bo przed chwilą patrzył na
mnie z podejrzliwością. Siedzieliśmy tak razem. Ramię w ramię. W ciszy, a
minuty mijały.
Po jakimś czasie ktoś zapukał do
drzwi i wszedł. To była Annabeth, co mnie jeszcze bardzie zdziwiło. Najpierw
Percy, teraz ona? No tak. To logiczne.
- Yyym… Nie przeszkadzam? – rzuciła
groźnym tonem i spojrzała na Percy’ego. – Może nas przedstawisz?
- To jest… - zaczął Percy, ale mu
przerwałam i wstałam.
- Annabeth, jestem Mia. Percy to mój
brat. – rzekłam i poszłam do łazienki wydmuchać nos. No cóż jak tu opisać łazienkę.
Nie była zbyt duża, ale miała wszystko co potrzeba. W kącie stał prysznic,
naprzeciwko umywalka, a pod małym okienkiem toaleta. W innym kącie stała mała
szafeczka na najpotrzebniejsze rzeczy typu papier toaletowy. Ściany były
wyłożone biało-niebieskimi kafelkami tak samo jak podłoga. Wydmuchałam nos i
spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie, ale nic mnie to nie obchodziło.
Słyszałam tylko strzępki ich rozmowy.
- … ją przestraszyło, że tak płakała?
– dopytywała się Annabeth, już łagodnym tonem. – Co jej się stało? I skąd zna
moje nazwisko? Nie czasem ty jej o mnie mówiłeś?
- Nie – powiedział, a ja wyszłam z
toalety i popatrzyłam na nich.
- Nie musicie mnie obgadywać.
Wystarczy ze mną porozmawiać, a wszystkiego się dowiecie. – powiedziałam i
opadłam na łóżko Percy’ego, ponieważ oni zajmowali moje.
- No dobrze… - zaczęła Annabeth. –
Skąd wiesz jak się nazywam?
Spojrzałam na swoją niebieską
walizkę, która pasowała do domku i wyciągnęłam stamtąd serie Percy Jackson oraz
Olimpijscy Herosi. Zabrałam je ze sobą, aby się nie nudzić, co tutaj jest
trudne, a nie żeby mówić Percy’emu i Annabeth o ich życiu.
- To są książki, w których są opisane
wasze historie, powiedziałam już Percy’emu o tym, ale najwyraźniej mnie nie
słuchał – spojrzałam na niego, a on tylko wzruszył ramionami. Rzuciłam im
pierwsze trzy części Percy’ego Jacksona. – Muszę wam dać tylko te trzy książki.
I sprawdźcie czy się zgadzają.
- Ale… Dlaczego nie dasz nam
pozostałych? – zapytał Percy.
- Ponieważ w pozostałych jest opisana
wasza przyszłość. A w tych co trzymacie: przeszłość – wytłumaczyłam im.
- Nie możemy… - Percy rzucił
spojrzenie na książki na moich kolanach.
- NIE! Nie możecie zmieniać biegu
zdarzeń, więc nie. – powiedziałam, a ich miny zrzedły. – Przepraszam, ale nie
widziałam swoich przyjaciół od trzech dni. A książki zabieram do Leona! –
powiedziałam. Odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z domku Posejdona.
Wałęsałam się po obozie i dumna z
siebie znalazłam Wielki Dom. Zapukałam i weszłam do środka. Jak zwykle zrobił
na mnie wrażenie, tylko, że w salonie zamiast Leona przy kominku siedział jakiś
mężczyzna z siwymi włosami i zmarszczkami na twarzy. Miał ciemnobrązowe oczy.
Ubrany był w jasnobrązowy garnitur z białą koszulą i czerwonym krawatem. Był
całkiem normalny tylko, że… siedział na wózku. To musi być Chejron, pomyślałam i uzmysłowiłam sobie, że jestem
mądra.
- Witaj, Chejronie – zagadnęłam.
- Witaj, Mia – rzekł i odwrócił się na
swoim wózku w moją stronę. – Dziwię się, że znasz moje imię, ale przynajmniej
już wiem skąd – wskazał na rząd książek Marthy i Simona. – I widzę, że ty też
je przyniosłaś.
- Chcę dobra dla wszystkich. Percy i
Annabeth mnie ciągle prosili żebym je im dała, ale ja od razu wybiegłam z nimi
z domku i przyszłam tu – wzruszyłam ramionami. – Przyszłość jest niebezpieczna.
- Dobrze robisz, ale wiem, że długo
nie widziałaś swoich przyjaciół i nie chcę cię zatrzymywać.
- Dziękuje i do widzenia Chejronie. –
uśmiechnęłam się do niego.
- Do zobaczenia, skarbie – powiedział,
a ja w niedowierzaniu wyszłam z Wielkiego Domu. On coś wie, pomyślałam, ale
nie chce mi tego powiedzieć, bo to zbyt niebezpieczne. Zapytałam parę osób
czy widzieli Marthę i Simona. Odparli, że są na treningu. Trochę pobłądziłam,
ale dotarłam tam. Na wielkiej polanie były poustawiane najróżniejsze manekiny,
jakie mogą istnieć. Wkoło biegali herosi w ciężkich masywnych zbrojach i
walczyli ze sobą. Ogromne miecze wyglądały tak dziwnie w ich rękach, że aż się
skrzywiłam, bo pomyślałam, jak ja bym wyglądała w całym wyposażeniu.
Dostrzegłam Mathę i Simona i aż mnie zatkało. Martha miała na sobie RÓŻOWĄ
sukienkę i pokręcone włosy. Na twarzy miała makijaż, a na stopach buty na
obcasach. Natomiast Simon nic się nie zmienił, nadal był przemądrzały.
- Witaj panno Przepiękna i panie
Mądraliński! – krzyknęłam, a oni do mnie przybiegli.
- Hej! Dlaczego cię tak długo nie
było? – zapytała Martha i ze zdenerwowania ciągle odrzucała włosy z twarzy.
- Masakra… Najpierw obudziłam się w
szpitalu i poszłam do Wielkiego Domu i poznałam Dionizosa…
- No co ty! – wykrzyknęli.
- Potem poszłam do domku i od razu
padłam. Następnego ranka wypłakałam się
uwaga… Percy’emu w ramię…
- O bogowie! – wrzasnęli. – Poznałaś
PERCY’EGO? Jaki on jest? Co zrobił? Naprawdę wygląda tak jak…
- STOP!!! Pytania na koniec. To
jeszcze nie wszystko – wzięłam oddech i mówiłam dalej. – Potem wpadła do nas
Annabeth i…
- CO?!
- I urządziliśmy sobie miłą pogawędkę,
a potem oddałam Chejronowi książki, bo Percy i Annabeth chcieli mi je zabrać. A
potem poszłam was szukać. Pytania? – posłałam im szeroki uśmiech.
- Jaki jest Percy? – zapytała Matha.
- On jest… Idealny! Tylko, że jest
moim bratem. – zaśmiałam się cicho.
- A tak somo wygląda? – spytała
ponownie.
- Hm… Jest bardziej… Jest niższy niż w
książce. Ma kilka centymetrów więcej niż ja. A poza tym jest taki sam.
- Już mi się podoba. – zachwyciła się
Martha.
- Ha, ha, ha. On ma Annabeth. A tak na
marginesie, co robimy? – zapytałam.
- Chyba zaraz będzie kolacja –
powiedział Simon, a potem rozległ się dźwięk gongu oznajmiającego kolację.
- No to chodźmy – powiedziałam i
odetchnęłam.
* * *
Siedziałam z Percy’m i zamówiłam
sobie lasagne, frytki i sok pomarańczowy. Poszliśmy złożyć ofiarę bogom.
Podeszłam do ogniska i wzięłam solidną garść frytek.
- Dla ciebie Posejdonie. –
powiedziałam i wrzuciłam je do ogniska. Ale w myślach nic nie dodałam.
Usiedliśmy z powrotem do stołu. Było
bardzo spokojnie, do czasu kiedy zaczął przemawiać Chejron. Dziś był ubrany w
ciemnobrązowy garnitur, a na niebieskiej koszuli wisiał kremowy krawat.
- Dzieją się bardzo dziwne rzeczy.
Percy i Annabeth odnaleźli kilka dni temu wejście prawdopodobnie do Labiryntu
Dedala. I dlatego zlecam Percy’emu misję! Wybierz sobie dwóch towarzyszy –
zagrzmiał władczym tonem. – Percy?
- Pójdę na misję. – Percy wstał i
wskazał na Annabeth, a później na mnie, a ja zerwałam się z miejsca. – Annabeth
i Mia. Je wybieram.
- Percy, nie! Mówiłam ci, że nie można
mnie w to angażować i dobrze o tym wiesz. Pamiętaj! – powiedziałam szeptem.
- Nic mnie to nie obchodzi! Jakoś się
tutaj znaleźliście tak? I wy o nas wiedzieliście, a inni nie! Bogowie maczali w
tym palce! Wiem to – powiedział i jakby na potwierdzenie jego słów rozległ się
grzmot na niebie. A ja już powoli cofałam się do wyjścia. – Odgrywacie jakąś
rolę w tych wydarzeniach. I pójdziesz ze mną z własnej woli, albo siłą.
Po rzuceniu mu groźnego spojrzenia wybiegłam z jadalni. Biegłam przed
siebie, aż straciłam orientację. Słyszałam jak jakiś głos mnie woła, ale
ignorowałam go i biegłam. Przewróciłam się gdzieś w środku lasu i leżałam z
zamkniętymi oczami, w ciszy. Słyszałam szum wody i śpiew ptaków. Rozpłakałam
się na dobre i pomyślałam, że chciałabym zostać w tym lesie. Sama. Już na
zawsze.